Czas na nowość na moim blogu! Kącik kuchenny planowałam od dawien dawna, ale przyznam się bez bicia, asem kulinarnym to ja nie jestem. ;) Prezentować będę tu raczej proste, smaczne dania, które każdy będzie mógł bez większego problemu wykonać. Na pierwszy ogień idą placki z borówkami, które od pewnego czasu męczę, a one wcale mi się nie nudzą.


POTRZEBNE SKŁADNIKI

250 g jogurtu naturalnego bądź maślanki
2 jajka
2 łyżki oleju + olej do smażenia
2-3 łyżki cukru lub cukru pudru
1 i 1/3 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sól, cukier wanilinowy
borówki


Do miski wlewamy jogurt, olej, wbijamy jaja. Całość miksujemy, lub po prostu mieszamy łyżką, bądź za pomocą trzepaczki. Teraz dodajemy cukier (ja użyłam cukru pudru), proszek do pieczenia, szczyptę soli, trochę cukru wanilinowego i mąkę. Mieszamy.



Czas na borówki! Kiedy nie miałam pod ręką borówek, próbowałam zrobić placki z truskawkami, ale to nie było to. Sok bardzo mocno wyciekał i wręcz palił się na patelni mimo małego ognia, trzeba było po każdej porcji porządnie wycierać patelnię. Borówki są zdecydowanie lepsze, a placki z nimi smaczniejsze, co potwierdził również mój mężczyzna. ;) Owoce wrzucamy po prostu do miski i całe ciasto znów mieszamy. Część borówek zostawiłam na dekorację placków na talerzu.




Teraz zostało już tylko usmażyć placuszki. Nakładamy łyżką porcje na patelnię, starając się by w każdej z nich były minimum 2-3 borówki. Jeżeli ciasto wyszło za gęste i ciężko jest uformować ładne placuszki, zawsze można dolać odrobinę mleka. Kiedy zarumienią się brzeżki i pojawią się bąbelki na powierzchni placka, przewracamy na drugą stronę. Nadmiar oleju z usmażonych placków można odsączyć na papierowym ręczniku.


Jeszcze chwila i... gotowe. Z takiej porcji wychodzi około 16-20 placuszków, w zależności od ich wielkości. Z czym je jeść? Można z jogurtem, z bitą śmietaną, można je po prostu oprószyć cukrem pudrem. Ja uwielbiam je w wersji ze słodzoną śmietaną. Na wierzchu rozrzucam jeszcze kilka borówek i już można wcinać. Smacznego! ;)


Nie wiem, czy macie podobne spostrzeżenia, ale ja przyglądając się innym ludziom na ulicy mam wrażenie, że niektórzy ubiorem na siłę próbują zrobić z siebie kogoś, kim nie są. To zadziwiające jak pogoń za modą na nas wpływa. Coś staje się modne, a my zaraz chcemy to mieć, nawet jeżeli nie pasuje to do naszej figury, urody czy choćby nawet charakteru.

Poniekąd to rozumiem, bo swego czasu sama taka byłam. Pokazywałam się na blogu w porwanych czarnych rajstopach, bo to mi się aktualnie podobało. Przyodziewałam ćwieki, ciężkie buty, naszyjniki z kolcami zupełnie ignorując fakt, że mam na to zbyt delikatną urodę i charakter. Nie zaprzątałam sobie wtedy głowy myślami, że ten ubiór w moim przypadku to kompletna pomyłka. Teraz mogłabym naliczyć takich błędów całe mnóstwo, ale... w sumie na tym to właśnie polega. Przez takie pomyłki krok po kroczku zbliżamy się do swojego własnego stylu. Takiego który do nas pasuje, z którym tworzymy harmonijną całość.

Podobnie działo się w przypadku mody na dziurawe jeansy boyfriendy, za którymi tak goniłam. Przez rok przymierzyłam ich całe mnóstwo. I wiecie do jakiego wniosku doszłam? Ten typ spodni po prostu do mnie nie pasuje. ;) Duże, mocne dziury kłócą się z moją delikatnością, a luźny krój nie sprawdza się przy mojej figurze. Ostatecznie decyzja padła na spodnie o subtelniejszych przetarciach i niezbyt luźnym kroju. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że jest idealnie!












spodnie - sinsay | buty - labotti | bluzka - house | torebka - Textil Market | zegarek - cropp | naszyjnik - pepco | pierścionki - beeline
Nie od dziś wiadomo, że jestem wielką miłośniczką zwierząt. Od dziecka kochałam i kocham zwierzęta, ze zwierzętami się też wychowałam. Były chomiki, rybki, są psy czyli jak do tej pory moja największa zwierzęca miłość, ale... nigdy nie miałam kota.

Od dłuższego czasu cicho marzyłam o małym kocim futrzaku w domu, jednak ciągle spotykałam się ze sprzeciwem rodziców, bo tata kotów nie znosi. Teraz, kiedy wyprowadziłam się z rodzinnego gniazdka i mieszkam z chłopakiem, w końcu miałam okazję to moje ciche marzenie spełnić. Początkowo miał to być jeden kot, ale kiedy zobaczyliśmy te wszystkie słodkie, kocie mordki nie mogliśmy nie wziąć dwóch. ;) Tak oto przedstawiam Wam naszych nowych współlokatorów - Pyzię i Dyzię. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnicie się z nimi tak samo mocno jak ja, bo to zdecydowanie nie jest ich ostatnia wizyta na tym blogu. :)








Z każdą nową porą roku nachodzi mnie na planowanie, co bym chciała kupić, czego potrzebuję, co by wpasowało się w tegoroczne trendy. Dzisiaj więc przygotowałam Wam moją wiosenną wishlistę. Post trochę spóźniony, bo już część z podpunktów udało mi się spełnić, ale lepiej późno niż wcale.


1. Dziurawe jeansy - to właściwie jeszcze kontynuacja podpunktu z zeszłorocznej wishlisty, bo idealnych dziurawych spodni nie udało mi się wtedy znaleźć. A to zbyt dziurawe, a to do mnie nie pasują, a to cena zbyt wygórowana jak na kawałek dziurawych spodni, Ostatecznie swoje dziurawce kupiłam w sinsayu i mam nadzieję, że niedługo będziecie mieli okazję je zobaczyć w jednym z modowych postów.

2. Skórzane baleriny - baleriny to zdecydowanie mój ulubiony typ obuwia. Idealne i na lato i na wiosnę. Co roku kupuję nowe i zaraz je niszczę, bo noszę je niemal na okrągło. Nie miałam jednak jeszcze skórzanych balerin i choć fanką skórzanych ubrań nie jestem, to postanowiłam tym razem w takie buty zainwestować. Niestety - chcieć a móc to dwie zupełnie inne rzeczy - większość skórzanych butów jest po prostu brzydka.

3. Nowy ciekawy case na telefon. Niekoniecznie taki jak na kolażu. ;) Mój obecny jest najzwyklejszy - przezroczysty spełniający wyłącznie funkcje ochronne. Idzie lato, więc czas kupić coś weselszego.

4. Sportowe buty - sportowe obuwie w moim przypadku to nie lada wyzwanie. Zwyczajnie taki typ obuwia do mnie nie pasuje. Ostatecznie te idealne znalazłam w ccc. Różowe, w panterkę, całkiem zgrabnie wyglądające na nodze. Czego chcieć więcej.

5. Maskara Lash Sensational kusiła mnie odkąd tylko pojawiła się na drogeryjnych półkach. W końcu udało mi się ją upolować w promocyjnej cenie i... doszłam do wniosku, że szału nie ma. Drażni mnie, bo trzeba się trochę namęczyć, żeby ją zmyć z rzęs, a ja nie lubię, kiedy makijaż się długo zmywa.

6. Czarna minimalistyczna kopertówka - coś czego zdecydowanie brakowało w mojej szafie. Idealna na każdą okazję.

7. No i ostatnia rzecz, którą już mieliście okazję obejrzeć w poprzednim poście - bluzka w szerokie czarno białe paski. Moja pochodzi z Takko. Odkąd tylko ją zobaczyłam non stop chodziła po mojej głowie, aż w końcu trafiła do szafy. Ach te babskie zachcianki. ;)

A co było waszym "must have" ostatnich miesięcy? :)
Kiedy dokładnie miesiąc temu, 16 kwietnia, obchodziłam swoje 23 urodziny, nieszczególnie chciałam się tym dzielić ze światem. Dzień wcześniej pochowałam swoją ukochaną babcię, więc nie w głowie było mi pisanie postów i robienie kolorowych zdjęć. Urodziny były skromne, bez tortu, bez masy prezentów i spotkań ze znajomymi. Ograniczyły się do symbolicznych życzeń oraz drobnych upominków od najbliższej rodziny i przyjaciół. Tak naprawdę dopiero teraz dojrzałam do tego, by powrócić do "internetów". W końcu życie toczy się dalej. Zostawiam więc Was z moim spóźnionym postem urodzinowym i... happy birthday to me! ;)


Zawsze z utęsknieniem czekam na 21 marca, ten upragniony pierwszy dzień wiosny. Pamiętam jeszcze jak w pierwszych latach podstawówki co roku tego dnia wybieraliśmy się z wychowawczynią do pobliskiego lasu topić Marzannę. Parę dni wcześniej przygotowywaliśmy kukiełkę, ubieraliśmy ją, doszywaliśmy oczy i włosy. Taki symbol przepędzenia zimy i początku najpiękniejszej moim zdaniem pory roku. To miłe wspomnienia. :) Teraz co prawda Marzanny już nie topię, ale nie zaszkodzi uczcić ten dzień pierwszym wiosennym spacerem. Zwłaszcza, że pogoda ostatnio dopisuje i wprost zachęca do wyjścia na zewnątrz.










płaszcz, sweter, pierścionek, buty - house | naszyjnik - DIY | torba - h&m |
spodnie - sinsay | szal - cropp